Powrót do utraconego raju
Wielu uczonych i nieuczonych twierdzi, że raj był w Afryce. Przecież, według Biblii, pierwsi ludzie w raju nie nosili ubrania, bo było ciepło, była różnorodność owoców i węże niestraszne. Nie musieli pracować, tylko doglądać i zbierać pożywienie, którego było pod dostatkiem. Właśnie tak do niedawna było w Afryce Równikowej i nadal gdzieniegdzie jest, dlatego Afryka przyciąga tego, kto tam był, zauracza go. Miałem szczęście nie tylko być w Afryce, ale i tam pracować ponad 11 lat jako misjonarz. Po powrocie do kraju kusiło mnie, żeby tam jeszcze pojechać, już nie po to, aby pracować, ale by odświeżyć tę więź i miłość, którą nadal po 9-ciu latach w sobie noszę. W 20-tą rocznicę wyjazdu do Konga postanowiłem odwiedzić pracującego tam nadal ks. Mariana Pazdana, z którym przeżyliśmy tyle wspaniałych zdarzeń w służbie Kościołowi kongijskiemu i nie tylko, bo przecież według Ewangelii bliźnim jest przecież każdy, nawet niewierzący, czy członek sekty. Wyjechać to nie takie trudne. Trzeba mieć zaproszenie potwierdzone przez tamtejsze władze, wyrobić wizę kongijską np. w Paryżu, kupić bilet na samolot np. w Locie, spakować bagaż, wziąć trochę euro i już. I tak zrobiłem. 8 lipca 2005 r. o 7.00 rano wsiadłem do samolotu w Warszawie w kierunku Paryża. W Paryżu przesiadłem się na samolot do Brazzaville. O 18.00 tamtejszego czasu (19.00 naszego) byłem już w stolicy Konga. Tam czekał na mnie ks. Marian i nie mógł się doczekać. Już na lotnisku musiałem uzbroić się w cierpliwość, bo formalności paszportowe trwały około godziny. Potem udało się i walizkę odnaleźć i taksówkę wynegocjować, aby pojechać na parafię ks. Bogdana Piotrowskiego w Brazzaville. Nie jest to takie proste, jakby się mogło wydawać. To inny świat, a walka o byt daje tam o sobie znać bardziej niż u nas, na przykład: walizkę ci wyrywają i chcą nieść, tylko za ile ? , jeszcze trzeba uważać, żeby jej nie stracić z oczu albo w ogóle w tym tłoku i przepychance. W taksówce też cena kursu według pomysłu szofera, trzeba ją więc urealnić, mówiąc do niego językiem kongijskim. Szofer dziwi się, że biały przybysz nie jest tu pierwszy raz i zna ich obyczaje. Na końcu przy płaceniu za przejazd, kiedy widzi większy banknot, to zwykle nie ma reszty i co tu zrobić? Kolejna strata, ale okazja do dobrego uczynku. Takie sytuacje powtarzają się bardzo często.
Opóźnienia podczas przelotu to jeszcze nic w porównaniu z tym, co się nam przydarzyło w poniedziałek. Z powodu sytuacji nadal niestabilnej pod względem bezpieczeństwa w terenie, pociągi nie kursują regularnie i nieraz są napadane, okradane, dlatego ludzie, których na to stać, korzystają z komunikacji lotniczej. My też kupiliśmy bilety na samolot na poniedziałek rano, aby podążyć w kierunku misji ks. Mariana (około 500 km). Stawiliśmy się na lotnisku o 7.00, bo lot miał być o 8.00, ale opóźniał się, aż o 10.00 dowiedzieliśmy się, że samolot jest odwołany. Po negocjacjach zaproponowali nam lot o 16.00. Na 16.00 znów nie można dojechać do lotniska, bo ktoś ważny z rządu przyjeżdża i policja wstrzymała ruch w okolicy lotniska. Po wielkich kłopotach polecieliśmy o 19.00, stojąc w duchocie wiele, wiele godzin. Taka jest rzeczywistość Afryki. Dla jej mieszkańców czas nie gra roli. Afrykanie często mówią wciąż śpieszącym się Europejczykom: "Wy macie zegarki, a my mamy czas!". Będąc w Afryce trzeba o tym pamiętać i nie patrzeć często na zegarek. Zegarek niech sobie idzie, tyka, a nam trzeba uzbroić się w cierpliwość i przewidzieć dłuższe postoje.
To takie migawki z tamtejszej afrykańskiej rzeczywistości. Nie to jednak było najważniejsze. Stanie, czekanie, pocenie się i wszechobecny brud i kurz to normalne. Najważniejsze było spotkanie z wiernymi w Nyanga, moimi parafianami sprzed 9-ciu lat. Tyle radości, entuzjazmu, życzliwości. Naprawdę czekali na mnie. Ks. Marian zapowiedział im mój przyjazd, a oni, niektórzy nawet ponad 50 km, przyszli pieszo na mszę świętą niedzielną z tej okazji. Byli już w sobotę na misji, a w niedzielę wypełnili kościół. To było wzruszające widzieć dzieci, młodzież i starszych, którzy się ze mną witali, oglądali mnie. Cieszyli się, że dobrze wyglądam. Chcieli, żebym pozostał z nimi, żeby było jak kiedyś. Dość szybko przypomniałem sobie ich język kituba, tak, że po tygodniu już bez trudu mówiłem z pamięci kazanie w tym języku. Cieszyli się, że nie zapomniałem ich mowy, bo to świadczy, że noszę ich w sercu. Tak odżyły pozytywne uczucia solidarności, bycia z nimi i dla nich. Mnie najbardziej cieszy, że wiara się rozwija, że nasz mały siew przynosi plon w postaci nowych powołań kapłańskich i zakonnych. Stoją i nadal służą ludziom pobudowane przez nas kaplice w wioskach, budynki misyjne. Parafie, w których pracowałem z ks. Marianem przejęli już kongijscy księża. Ks. Marian Pazdan otworzył nową misję w Kiangu. Robi cegłę i buduje potrzebne zaplecze czyli budynki na katechezę oraz aby przyjąć wiernych, gdy przybędą na święta z odległych o kilkadziesiąt kilometrów wiosek. Inny świat. Bez telewizji bez prądu, bez nadziei na lepsze jutro i dziś tak szare w tym czerwonym kurzu. Na przykład na 120 uczniów kl. III gimnazjum zostało przyjętych po egzaminie końcowym 6 osób: 4 chłopców i 2 dziewczyny. Reszta jak chce, musi powtarzać rok i próbować szczęścia kolejny raz. Brak rozrywki i warunków do nauki. Brak pracy zarobkowej. Bardzo zły stan dróg- 60km jechaliśmy samochodem prawie 4 godziny. Widząc tamtejszą rzeczywistość, trzeba Bogu dziękować za to, co tu w Polsce mamy. Życie tam rzeczywiście wygląda jak utracony raj. Wprawdzie ciepło, dużo roślinności, ale ludzie są głodni, często chorzy, bez nadziei na zmianę na lepsze. "W pocie czoła pracować będziesz i ziemia cierń ci rodzić będzie..." (Rdz 3,17-19)
Misje potrzebują wsparcia modlitewnego i materialnego. Piękne słowa Ewangelii misjonarz musi potwierdzić czynem konkretnej pomocy potrzebującym, których jest przerażająco dużo. Misja kościoła trwa. Cieszę się, że mam w niej swój skromny udział. Znajomi często mnie pytają, dlaczego wróciłem, czy nie chciałbym jeszcze pracować w Afryce jako misjonarz. Święty Paweł pisał o sobie w jednym z listów, że nosi w swoim ciele ślady męki Chrystusa. Prawdopodobnie mówił o stygmatach, które miał, a one są bolesne. Odpowiem pytającym mnie, dlaczego jestem w Polsce: "Ja też noszę w swoim ciele ślady Afryki, które czasem mocno bolą. Jest to malaria, z której nie można się całkiem wyleczyć i od czasu do czasu wraca i przypomina piękne i ciężkie chwile zmagania z przeszłości. W Afryce wracała częściej i mocno utrudniała wykonywanie misyjnej posługi. Nie żałuję, że nabyłem tę pamiątkę, której nikt mi odebrać nie może, ani chyba i pozazdrościć. To moje wspomnienie z Afryki". Takie wspomnienie z Afryki mają też inni misjonarze, którzy stamtąd wrócili. Klimat Afryki tropikalnej i choroby z nim związane nie zachęcają Europejczyków do przebywania tam. Dowodem tego jest cmentarz misjonarzy francuskich w Loango, koło Point Norie, gdzie spoczywają dziesiątki bardzo młodych zakonników i zakonnic, którzy nie wytrzymali tego zderzenia z ciężką rzeczywistością. W wieku dwudziestu kilku lat oddawali dusze Bogu, a ciała afrykańskiej ziemi. Robili to z miłości do Chrystusa. Chcieli. Nie dali rady pokonać przeciwności przyrody. Ja się wybroniłem, bo czasy inne. Zachęcam, spróbujcie!