
Misja na Czarnym Lądzie
Moja misyjna droga rozpoczęła się w 1978 r. Zostałem wtedy wysłany do Paryża na naukę języka francuskiego, który jest językiem oficjalnym kraju, do którego miałem wyjechać na misje. Następnego roku wyjechałem z Polski do Belgii, by stamtąd 28 września 1979 odlecieć do Zairu. Już na lotnisku brakło mi tchu, tak było gorąco... Po powitaniu przez współbraci ze Zgromadzenia przybyłem na parafię prowadzoną przez naszych ojców w centrum największej dzielnicy Kinszasy- stolicy Zairu. Zaraz na drugi dzień po pierwszej nocy nieprzespanej z powodu nowej sytuacji i lokatorów, jakich miałem w pokoju - jaszczurek na suficie i innych robaków, których nazw jeszcze nie znałem - proboszcz napisał mi formułę rozgrzeszenia, pouczył, jak się zachować w sytuacjach nieco trudnych i ...wysłał do konfesjonału przed rozpoczęciem Mszy św. Przydzielił mi również jeden dzień przewodniczenia Liturgii w języku lingala. Pocieszające było to, że alfabet lingala jest podobny do polskiego, z wyjątkiem kilku przykładów z inną wymową. Po miesiącu pobytu w Afryce wraz z kolegą zostaliśmy posłani do buszu, 1200 km od stolicy. Nowe doświadczenie już w czasie dwunastodniowej podróży dało mi do zrozumienia, że być misjonarzem to nie takie proste. Po przejechaniu 500 km od stolicy rozpoczął się busz, sawanna i dżungla. Już na pierwszym postoju zostaliśmy poczęstowani daniem afrykańskim w "restauracji", czyli domku z gliny, pokrytym trawą. Była to gotowana mąka z manioku, trochę sosu z oleju palmowego oraz....małe robaczki w rodzaju naszych mrówek. Mając miesięczną zaprawę w stolicy, przy odrobinie silnej woli, nie miałem specjalnego problemu z menu w tym dniu.
W sercu kraju zamieszkaliśmy na misji Dekese, gdzie pierwsi misjonarze naszego Zgromadzenia przybyli w 1931 r. Już na początku mojej pracy posłano mnie do szkoły średniej uczyć katechizmu, co dało mi okazję doszlifowania francuskiego. Na szczęście moi uczniowie zbytnio nie błyskali znajomością języka, stąd czułem się "królem" w ich gronie. Mówili: "Mundele (czyli biały) po krótkim okresie zna język". Warunki były tam bardzo różne od stolicy: brak wody pitnej (tylko woda deszczowa), stałego prądu, dosłownie koniec świata.... Poczta była odległa o 700 km. Jeśli pamiętam dobrze, to pierwszy list z kraju otrzymałem po roku czasu. Nasz najbliższy sąsiad to 250 km odległości! Z powodu niepewnej sytuacji na tym terenie doświadczeni misjonarze postanowili nas młodych wysłać do stolicy na parafię św. Teresy w Ndili, ponieważ pracujący w niej ojcowie ze względów zdrowotnych musieli wrócić do Belgii. Objąłem tam stanowisko proboszcza ze słabą znajomością lingala. Gdy protestowałem w gabinecie J.E. Kardynała Malula w dniu wręczenia nominacji, powiedział krótko: "Jeśli chce się psa nauczyć pływać, to trzeba go wrzucić do wody". To był dla mnie bardzo trudny okres. Miejska topografia, 80 tys. mieszkańców, dużo intelektualistów z wyższym wykształceniem, rola proboszcza, szlifowanie francuskiego i równocześnie lingala, bo na placówkach w buszu obowiązywał inny dialekt, to było za dużo... Patrząc z perspektywy czasu, mogę jednak stwierdzić, że był to piękny czas działalności misyjnej w młodym kościele afrykańskim.
Po okresie 7 lat pracy ekipy polskiej 3 sierpnia 1986 r. przekazaliśmy parafię archidiecezji, obejmując misję św. Atanazego na Mokali. Pierwsza Msza św. na nowym terenie była pod palmą przy dużo mniejszej liczbie wiernych. Organizowanie parafii to priorytet pracy duszpasterskiej, w szybkim tempie rozwijało się zatem Dzieło Boże. Uzyskanie pozwolenia na budowę kościoła na ok. 1200 miejsc następnego roku było wielkim wydarzeniem na tym terenie. Mimo że do stolicy było zaledwie 30 km, sytuacja była podobna do tej z buszu: nieprzejezdna droga w czasie deszczów, brak wody pitnej, prądu i wielkie bezrobocie. Taka był moja misja. Trzeba zaznaczyć, że już w tym czasie nasze Zgromadzenie zaczęło funkcjonować jako region podlegający pod prowincję hiszpańską. Mieliśmy już małą organizację wewnętrzną czyli zarząd, który decydował o roli każdego z nas. Kościół powstał w cudowny sposób dzięki pomocy wspólnot kościołów zachodnich. Duży wkład miał Polak mieszkający od lat w Wielkiej Brytanii, który przypadkowo wyczytał w naszym dzienniku tam wychodzącym o sytuacji nowej parafii. Ofiarował prawie połowę sumy na nowy kościół. W tamtym okresie stałem się budowniczym, bo w międzyczasie budowałem szkołę podstawową na 12 klas, szkolę dla dziewcząt, grotę Matki Bożej. Teren parafii liczył 4 ha i trzeba było czymś go wypełnić, a pomysłów nie brakowało. Dnia 9 października 1990 r. miało miejsce poświęcenie "katedry" - jak nazywali kościół parafianie - przy wypełnionej po brzegi świątyni wewnątrz i na zewnątrz. Przedstawiciele ambasady polskiej byli zachwyceni pieśnią "Gwiazdo śliczna wspaniała" śpiewaną z pamięci przez chór parafialny. To była wielka rzesza, nawet brakło Komunii Św. tym na zewnątrz, mimo że przewidziałem 8 puszek do konsekracji. Czułem się jak w niebie z powodu Bożej Chwały w nowym kościele.
W 1991r. zostałem wysłany do Paryża na Instytut Katolicki w celu dalszej formacji. Co prawda nie nacieszyłem się nowym kościołem, ale czego się nie robi dla "Chwały Bożej". Po powrocie do Zairu zostałem skierowany do sąsiedniej parafii, aby dokończyć budowę nowego kościoła św. Fryderyka, rozpoczętej przez współbrata, któremu wypadł rok formacyjny. Jako nieco doświadczony budowniczy kościoła po 2 latach doprowadziłem budowę do końca. W niedzielę 9 maja 1993 r. znowu nowa uroczystość, tym razem sam kardynał, który nosi to samo imię co patron parafii przybył, aby dokonać poświęcenia nowej świątyni. W parafii wykonywałem prace o charakterze socjalnym: dożywianie zagłodzonych dzieci, organizowanie szkoły dla dziewcząt z biednych rodzin oraz szkoły i kolegiów dla dzieci i młodzieży. W tej parafii przeżyłem napad bandycki członków ochrony prezydenta. Gazety pisały, że zabito polskiego księdza. Uśmiercony przez prasę, a w rzeczywistości tylko ranny, szybko wróciłem do formy. Niedługo, bo tylko 3 lata pracowałem w pachnącym jeszcze świętymi olejami kościele, gdyż Zarząd Zgromadzenia postanowił utworzyć nową wspólnotę dla formacji nowicjuszy na Mokali, czyli w parafii, którą opuściłem w 1990 r. Powróciłem zatem po raz drugi do świątyni, którą zaczynałem od korzeni. Radości parafian nie było końca, byli przekonani, że to ich Bóg wysłuchał, abym wrócił...ale ja miałem inne zdanie. Dom nowicjatu rósł jak na drożdżach i po wakacjach tego samego roku tam zamieszkaliśmy. Ludzie dzielnicy od razu dali nam przydomek "klasztor na jasnej górze" ponieważ znajduje się on na małym wzniesieniu i tylko nasz dom posiadał generator prądu, tak że wieczorem wyglądał jak zamek na rozświetlonej górze. Praca jednego została teraz podzielona na trzech i przynosiła lepsze efekty. Ten nowy eksperyment życia międzynarodowego Hiszpana, Baska, Polaka i Zairczyka jeszcze bardziej ubogacił moje doświadczenie.
W tym okresie nasz kraj coraz bardziej dawał oznaki niepokojów. Wybuchające ogniska zapalne w różnych regionach doprowadziły do nowej wojny i upadku dyktatury prezydenta Mobutu 17 maja 1997 r. Władzę siłą objął nowy prezydent Jozef Kabila, który zapowiadał wiele reform. Nie było mnie na świecie, gdy wybuchła II wojna światowa w Europie, ale miałem okazję ją przeżyć w innych warunkach tutaj. Od tego momentu przywrócono Zairowi starą nazwę z czasów przedkolonialnych: Demokratyczna Republika Konga i zaczęto nową organizację kraju doszczętnie zrujnowanego przez wojny. Przyjechałem na misje do Zairu i nagle znalazłem się w Demokratycznej Republice Konga...
W 1999 r. w czerwcu wyjechałem do kraju mając na celu generalną rewizję zdrowia po 20 latach pobytu w Afryce, ale przełożeni nie dali mi odpoczywać i zaraz po wakacjach skierowali mnie do pracy w diecezji Drohiczyńskiej w Mielniku n/ Bugiem. Na pierwszy rzut oka to raj na ziemi. Ludzie wschodni bardzo mili, gościnni, to był rzeczywiście okres rekonwalescencji. Jedynie brakowało mi roześmianych twarzy Afrykańczyków i żywego Kościoła. Próbowałem wprowadzić nowego ducha afrykańskiego, ale zrozumiałem, że pobożność Kościoła polskiego to powaga. Zdążyłem tylko odnowić mielnicki kościół na zewnątrz oraz zamontować oświetlenie zewnętrzne ze względu na historyczny zabytek i turystyczne miejsce.
Głód Afryki był silniejszy od wszystkiego i postanowiłem wrócić do ciepłych krajów. Akcentem pożegnalnym w parafii Przemienienia Pańskiego w Mielniku było wprowadzenie nabożeństwa Fatimskiego przy oświetlonym już kościele.
W sierpniu 2003 r. wróciłem do Kinszasy na parafię św. Franciszka Ksawerego w Masina w charakterze proboszcza, gdzie pracuję do dnia dzisiejszego.
O. Jan Smaluch ss. cc