Wszystkie dane osobowe zamieszczone na stronie internetowej parafii są umieszczone wyłącznie za zgodą osób zainteresowanych.

  • 1.jpg
  • 2.jpg
  • 3.jpg
  • 4.jpg
  • 5.jpg
  • 6.jpg
  • 7.jpg
  • 8.jpg
  • 9.jpg
  • 10.jpg

O. Władysław Zdunek

O. Władysław Zdunek

Misyjne zwierzenia

rozmowa z Ojcem Władysławem Zdunkiem

 

  • Od 25 lat Ojciec przebywa w Danii. Jacy są duńscy katolicy?
    W całej Danii jest tylko 30 tys. katolików, którzy są podzieleni na 52 parafie. Dla Duńczyków Pan Bóg jest po to, aby Go uwielbić albo podziękować za piękno kraju, jakim jest Dania. Znają wiele pięknych pieśni podnoszących na duchu, w których chwalą Boga za łąki, morze, piasek, skały, kwiaty...Cieszą się, że są Duńczykami. Myślą pozytywnie.

  • Jaka jest parafia św. Mikołaja, której Ojciec jest proboszczem?
    Mam 450 wiernych, z czego 35 procent przychodzi na niedzielną Mszę św. Wśród parafian, oprócz Duńczyków jest grupa Wietnamczyków. Oni są najbardziej gorliwi w uczęszczaniu do kościoła. Przychodzą na nabożeństwa w dni powszednie i w niedzielę. Dwa razy w miesiącu odprawiam Mszę św. dla Polaków, w której uczestniczy przeważnie młodzież z Kopenhagi. W parafii jest śliczny kościół wybudowany przez sławnego duńskiego architekta, który rocznie odwiedza około 1,5 tys. turystów z całej Europy.

  • Czy myśli Ojciec po polsku czy już po duńsku?
    Ciągle jeszcze po polsku. Miałem 40 lat, kiedy wyjechałem. Tego nie da się wykreślić. Czuję, że wiele cennych rzeczy pozostało mi z polskiego wychowania, dlatego organizuję wspólnoty narodowe. W czasie nabożeństw dla Polaków oraz na spotkaniach w Domu Polskim przypominam o świętach narodowych, wielkich pisarzach, wybitnych osobistościach, aby rodacy pamiętali, że nasi przodkowie tworzyli kulturę.

  • Czy chciałby Ojciec wrócić do Polski?
    Teraz jest już za późno. Przywykłem tam. Mimo wszystko czuję, że w Danii jest mój dom. Polskę uwielbiam, ale tę, która już nie istnieje. Polskę, gdzie jest spokój, gdzie mogę wyjść na ulicę i nikt mnie nie okradnie. Nie poznaję mojego kraju. W Danii czuję się bezpiecznie.

  • Jakie wspomnienia z dzieciństwa pozostały w Ojca pamięci?
    Na pewno wieczory, które spędzaliśmy w domu, przeważnie w sobotę. Razem z mamą, tatą i braćmi śpiewaliśmy piosenki, znam wszystkie do dziś. Co to były za piosenki... W domu rodzinnym oprócz śpiewu nauczyłem się tańczyć. Pamiętam także, jak byłem ministrantem od szóstego roku życia. Wspominam, jak chodziliśmy na piechotę do gimnazjum w Brzesku. Ileż razy buty były przemoczone. Nigdy nie było mowy o drugim śniadaniu. Czasem piekliśmy bób i wkładaliśmy do kieszeni. Koledzy z Brzeska chętnie brali od nas ten bób i dawali nam za niego kanapki. Potem rozpoczęły się czasy, jak w Uszwi wystawialiśmy sztuki, m.in. "Moralność pani Dulskiej", w której grałem Zbyszka. To były piękne czasy...

  • Wiem, że Ojciec dużo podróżował.
    Owszem, zwiedziłem pół świata. Zobaczyłem wszystkie ważniejsze miasta byłego Związku Radzieckiego. Zanurzyłem dłonie i stopy w jeziorze Bajkał. Czułem się wtedy tak, jakbym nabożeństwo odprawiał... Byłem w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Zwiedziłem państwa Europy Zachodniej. Potem był Izrael, Egipt i Skandynawia.

  • Czy ma Ojciec receptę na szczęście?
    Nie ma recepty. Każdy sam tworzy sobie szczęście. Ani w kapłaństwie, ani w życiu zakonnym, ani w małżeństwie nie znajdziesz szczęścia, jeśli do niego trochę nie dołożysz.

  • Jest Ojciec szczęśliwy?
    Jestem zadowolony. Szczęśliwy będę dopiero w niebie, gdy spotkam się z moim Panem.

  • Czego życzyć Ojcu na następne lata kapłańskiego życia?
    Chciałbym, aby mi pozostała świeżość umysłu, sprawność fizyczna, bo to też jest ważne. Chciałbym zawsze spotykać na swojej drodze ludzi, którzy zachowują szacunek dla drugiego człowieka oraz wnoszą dużo spokoju, a resztę Pan Bóg sam dorzuci.

Rozmawiała: Teresa Czesak




 

Zasłużony kapłan

W roku bieżącym ojciec Władysław Zdunek, proboszcz Parafii św. Mikołaja w Hvidovre, obchodził aż trzy jubileusze: 70-te urodziny, 45-lecie święceń kapłańskich oraz 30-lecie pracy duszpasterskiej w Danii. Takich wspaniałych i zasłużonych kapłanów jak on nie ma dziś wielu wśród nas.
Ojciec Władysław Zdunek urodził się 26 marca 1936 r. w Uszwi.

 

- Niewiele pamiętam z tego czasu. Moje pierwsze wspomnienia pochodzą z roku 1939. Pamiętam, do naszej miejscowości wkroczyły oddziały niemieckie; strach, płacz, łapanki, wywózki na roboty - głównie młodych ludzi. Wywieźli na roboty przymusowe mojego starszego brata. A potem jesień 1941; dużo wojska, samochody, psy, a potem strzały w pobliskich lasach. Niemcy urządzili obławę na rodziny żydowskie ukrywające się w lesie. Dwa dni później obława na tych, którzy pomagali rodzinom żydowskim, dostarczając im jedzenie. Z wieloma innymi hitlerowcy zabrali ojca i osadzili w więzieniu w Tarnowie. Kiedy wrócił, została ruina z człowieka. Wreszcie koniec wojny i z przymusowych robót wrócił mój najstarszy brat, który został później księdzem.

 

Edukacja młodego Władysława rozpoczęła się w jego rodzinnej Uszwi. Początkowo uczył się zupełnie dobrze. Trochę trudniej było mu w Gimnazjum w Brzesku, do którego chodził codziennie pieszo wiele kilometrów. Nie należał do ZMP i był tam uważany za czarną owcę.
Po maturze zdecydował, że będzie zdawał na prawo na Uniwersytet Jagielloński. Zgłosił się też do Szkoły Morskiej w Tczewie i Wyższej Szkoły Technologii Żywienia w Częstochowie. Ojciec prosił go, aby nie szedł zaraz po maturze na studia, lecz pomógł mu w gospodarstwie. Tak też się stało, a decyzję, co z sobą w przyszłości zrobić, odsunął o rok. Propozycji miał wiele. Starszy brat namawiał go do wstąpienia do tarnowskiego seminarium duchownego. Koledzy radzili mu rozpocząć studia wyższe. Poczuł jednak silne powołanie zakonne.

 

- W poszukiwaniu odpowiedniego zakonu pojechałem najpierw do Krakowa. Potem trafiłem do redemptorystów na Podgórzu. Po rozmowie z przełożonym zostałem przyjęty. Kazano mi zgłosić się do klasztoru w Braniewie, do nowicjatu. To był rok 1955. Nie podobało mi się wówczas, że byliśmy przez mistrza nowicjatu traktowani jednakowo, jako małe infantylne dzieci. Na szczęście Pan Bóg czuwał nad nami. Trzy miesiące później przenieśli nasz nowicjat do Łomnicy, w okolice Krynicy Górskiej. Dostaliśmy też nowego mistrza nowicjatu, starego szlachcica - o. Emanuela Trzemeskiego z Kresów. To był mądry, serdeczny i otwarty człowiek. W czasie spacerów miałem okazję do dłuższych z nim rozmów. Wówczas zrozumiałem, że w życiu zakonnym można też coś dobrego zrobić, a nie wykonywać wyłącznie czyjeś rozkazy i być tylko zdalnie kierowanym robotem.
Na uroczystość pierwszych ślubów zakonnych przyjechał mój ojciec z dużą walizką. Myślałem, że mi coś przywiózł, a on chciał mnie zabrać do domu. Walizka była pusta. Do domu nie pojechałem. Powiedziałem, że tam jeszcze zostanę i tak z tym "jeszcze zostanę" jestem już 51 lat u Redemptorystów.

 

Potem były studia filozoficzno-teologiczne. Najpierw w Toruniu, gdzie odbył dwuletnie studia filozofii, a następnie cztery lata teologii w Tuchowie, kolo Tarnowa. Tam też w sierpniu 1961 r. otrzymał święcenia kapłańskie.

 

- Życie kapłańskie inaczej wyglądało w praktyce niż w teorii, którą nas karmiono przez lata formacji. Myślałem, że wierni będą się do mnie garnąć, a ja będę im tylko opowiadał o niebie. Tak jednak wcale nie było. Przez cały pierwszy rok po święceniach pracowałem w Tuchowie. Byłem tzw. ojcem domowym, czyli tym, który siedzi w klasztorze i zawsze jest gotowy na każde wezwanie do chorego, umierającego, gotowy słuchania spowiedzi i udzielania pomocy duszpasterskiej sąsiednim parafiom.
Po roku praktyki w Tuchowie, wróciłem do Torunia, by rozpocząć tzw. Drugi Nowicjat Misyjny. Po nim skierowano mnie do pracy w Warszawie przy ul. Karolkowej. Przez dwa lata byłem dyspozycyjnym, czyli gotowym do wypełniania poleceń i rozkazów. Dwa lata później zostałem socjuszem, czyli pomocnikiem prefekta w naszym seminarium duchownym w Tuchowie, a następnie referentem powołań zakonnych. Na tym stanowisku przepracowałem 8 lat. Ta praca bardzo mi odpowiadała.
Kiedy kilka lat później duszpasterzowałem w Gliwicach, przełożeni skierowali mnie na studia na KUL w Lublinie. Wybór padł na psychologię. Po trzech latach nauki zrobiłem magisterkę, a następnie, nadal pracując z młodzieżą i w szpitalu onkologicznym w Gliwicach, doktorat z filozofii - specjalizacja psychologia wychowawcza. Tam też zrozumiałem, co to znaczy pęd do wiedzy. Nie chciałem pracować w Polsce. Było mi tam trochę ciasno. Zdecydowałem się na wyjazd do pracy misyjnej w Boliwii. Złożyłem podanie o wizę, niestety, dwukrotnie mi jej odmówiono. I właśnie wówczas o. Grochot zaprosił mnie do Danii to był styczeń 1976 r.
Zaczynałem od Kopenhagi, na Amager. Potem przez 3 lata byłem duszpasterzem Polaków w Odense i okolicy. Równocześnie chodziłem trzy razy w tygodniu po 4 godziny na Folkeuniversitet w Odense na naukę języka duńskiego. Od 1 sierpnia 1979 r. byłem już proboszczem duńskiej parafii w Nyborg, a potem doszedł mi jeszcze Assens.
I znów przeniesienie do Kopenhagi, do duszpasterstwa polskiego przy Parafii św. Anny na wyspie Amager. 5 lat ciekawej, pełnej niespodzianek pracy. Kolejne przenosiny do sąsiedniej parafii duńskiej św. Mikołaja w Hvidovre, gdzie duszpasterzuję już blisko 14 lat.
Moi obecni parafianie to Duńczycy, Wietnamczycy i 16 rodzin polskich. Oprócz codziennej mszy św. po duńsku, odprawiam także dwa razy w miesiącu mszę św. w języku polskim. Przychodzą moi parafianie, a także rodacy z innych parafii, którzy czują się dobrze w kościele św. Mikołaja. Spotkaliśmy się w okresie Bożego Narodzenia na kolędowaniu, w maju- piosenki towarzyskie, w sierpniu- wojskowe i w listopadzie- patriotyczne. Na spotkania kolędowe przez wiele lat sam przygotowywałem bigos dla 45 osób.
Jestem duszpasterzem duńskiej parafii, bo tylko takie istnieją w Danii. Nabożeństwa dla Polaków odprawiam z potrzeby serca, a dla Wietnamczyków w nagrodę za ich religijność i przywiązanie do kościoła katolickiego.

 

Ojciec Zdunek należy dziś do najbardziej zasłużonych kapłanów polskich pracujących w Danii. Przez wiele lat, poczynając od roku 1989, pracował też jako koordynator Polskiej Misji Katolickiej w Danii. Przez lata pełnił ponadto funkcję kapelana Koła Armii Krajowej, kapelana Samodzielnego Koła Stowarzyszenia Polskich Kombatantów. Był też współzałożycielem Związku Harcerstwa Polskiego w Danii i jego kapelanem. Pełnił wreszcie funkcję kapelana Domu Polonii w Kopenhadze oraz inicjował uroczystości religijne i narodowe. Dziś nadal pracuje pośród nas i dla nas, za co mu serdecznie dziękujemy.

 

Leszek Wątróbski
"Dziennik Polski" Londyn 3 marca 2006r.